sobota, 28 stycznia 2023

I mówisz Matuś Tyle było śniegu

 

I mówisz Matuś

Tyle było śniegu

Wzdłuż całej drogi

Przez całą Dąbrowę Wielką

Na wszystkich płotach

Siedziały wysokie

Białe czapy

Nogi w tym śniegu

Uciekały do tyłu

I zacinał ostry

Przenikający zimnem wiatr

Pełna nadziei szłaś

Do budynku Poczty

By do Szpitala

W Wysokiem Mazowieckiem

By z tego jedynego

Telefonu zadzwonić

Zamienić choć słowo

Zapytać o zdrowie

Zapytać co trzeba przywieźć

I może nawet dowiedzieć się

Kiedy będzie szansa

Wypisać do domu

Choć wtedy zapalenie płuc

To i  w szpitalu

Do całkowitego wyleczenia

To i czas dość długi

I raczej trudna szansa

Jednak to przeczucie

Odpędzałaś od siebie

Możliwie jak najdalej

Kierując wzrok w stronę

Parafialnego Kościoła

Słowami modlitwy

Ku sercu Matki Bożej

By całą siłą

Swojej Matczynej Woli

Oddalić to

Co najgorsze

I jeszcze to czekanie

Czekanie na połączenie

Czasem trwało to 

Nawet godzinę

Godzinę a nawet i dłużej

I wreszcie jest

Ów wolny sygnał

Z Dąbrowy Wielkiej

Prosto do Szpitala

W wysokomazowieckim powiecie

I nagle szkliste łzy

Jedna po drugiej

Spływają po policzku

Zakołysały się ściany

Zadrgał cały budynek

Niski parterowy

Całej Poczty

Dobrze że blisko był parapet

O który można było się oprzeć

Bo tak nagle 

Przygniotły Ciebie

I ból i żal i smutek

I widzisz 

Mówisz do mnie Matuś

Na świat miałeś przyjść

Dopiero w maju 1953

I tak przed Twoim przyjściem

W tym śnieżnym 

Zimowym styczniu


Twój Ojciec Józef Odszedł

A co w domu

Ja  i gospodarstwo

Do uprawy 

Kilka hektarów ziemi

Wcale niemały inwentarz

I Trójka Twojego Rodzeństwa

Henryk w wieku lat 9

O dwa lata młodsza Alina

I o dwa lata od niej

Młodszy Roman

I lata takie trudne

Kto trochę ziemi miał

To był zaraz kułak

I jeszcze te uciążliwe

Obowiązkowe dostawy

Tak zwane kontyngenty

I te nakazy

Trzeba dać wszystko

Bo przecież miasto 

Musi jeść

W tym czasie

Zaraz powojennym

W tym ogromnym

Powszechnym niedostatku

I powszechnej biedy

Od tak zwanej 

Władzy ludowej

Były dla chłopa

Twarde żelazne kontyngenty


A więc dostawy obowiązkowe

Kto im nie sprostał

Było za to i więzienie

I konfiskata

I kompletne zrujnowanie

Nawet tych ostatnich

Kruchych nadziei

To prawdziwy cud że

Miałam w sobie

Tyle siły

By Codziennie

Móc znieść to wszystko

To wszystko

Wszystko można znieść

Z Pomocą Bożą

I jeszcze odnieść zwycięstwo aż 

 
Po szczęśliwszy

Polski Czas 



Matka Boża

Pomagała mi 

W tym wszystkim

W  tym wszystkim

Codziennie krzepiąc

Miłością i Nadzieją 

I Wiarą każdego dnia

I tak jest codziennie

Aż po dziś dzień

 


Ilustracje 

Archiwum Internetowe

Stanisław Józef Zieliński

Tekst

Stanisław Józef Zieliński

Czas  rozmowy

Lipiec 1998 r.

Tekst

28. 01. 2023

 

 

 

piątek, 13 stycznia 2023

Na starym drewnianym strychu Opatulonym słomianą strzechą

 

Na starym drewnianym strychu

Opatulonym słomianą strzechą

Porośniętą zielonym mchem

Czasem osiadła 

Na chwilę

Kuleczka śniegu

Czasem 

Opadający z drzewa liść

Dodając owej

Słomianej strzesze

Nieco uroku

A poza tym

Tu na strychu

Zawsze to był

Z zewnątrz

Jakiś gość

Zwiastun następnej

Kolejnej pory roku

Zawsze najbardziej ciekawa

Była jednak noc

Zawsze pełna sekretów

Bowiem tu było

Tak mocno ciemno

I kiedy tylko

Przestąpiłeś próg

Spoglądały na Ciebie

Dziesiątki tajemniczych oczu

I wcale nie był to

Spokojny wzrok

Bo każda para oczu

To  nic tylko

Czaiła się do skoku

I zawsze ten tajemniczy

I wydech i wdech

Strasznie głośny

A jednak niby subtelny

I niby dyskretny

I to powszednie przekonanie

Wieczorem i nocą

Strych najlepiej omijać

Bo o tej porze

Strych ma swoje tajemnice

Stary domowy strych

Tyle zaułków  i zakamarków

Nie było chyba

I nigdy


I nigdzie

To był ten ogromny

Nigdy do końca

Niezbadany świat


A jednak zawsze 

I straszył i przyciągał

I kusił zawsze

By tam  wieczorem 

Jednak pójść

Potknąć się o coś


Przewrócić nawet

I chociaż to była noc

I chyba nikt nie widział

Tego upadku

To jednak zerwać się

Na równe nogi

I potykając się

O różne zawalidrogi

Iść przed siebie dalej

Iść iść i iść

Ów stary drewniany strych

Wszystkie kontynenty

I świat wszystkich światów


Zawsze kusił by poznawać

Poznawać to 

Co jest nieznane

Nieznane i nieosiągalne

A czasem i było 

Bardzo głośno

O ściany  
Kołatał wiatr
I chyba nawet
Głośniej niż niedźwiedź
Ryczał na cały świat

Aż wydawało się że

Przechyla się komin

I nic tylko zaraz runie

Wiatr późny jesienny

I zacinał deszcz

Chcąc wcisnąć


W równie starą

Słomianą strzechę

Wszystkie kropelki

Wystraszone bezradne

Co z tym szaleństwem począć

A pod okapem  strzechy

Drzemały jak nigdy nic

I sikorki i puszczyki i wróble

I myszy i pająki

I szczury i muchy

I oczywiście 

Do późnego wieczora

Cykający świerszcz

Wszystko zatrzymane

Zatrzymane przez wieczór


W połowie drogi

Na całą noc

Kocurek Maciek

Opity cieplutkim

Świeżym mlekiem

Prosto od krowy

Na wygodny sen

Wybierał strych

Tajemniczo skrzypiący

Stary drewniany

I w równie starym kożuchu który

Leżał tuż za kominem

W głębokim śnie

Gonił po całym strychu


Wszystkie jeszcze

Niezłapane myszy że

Śnił mu się tylko

Jeden tumult i pisk

Ale wiadomo

Kocurek Maciek


Był bardzo wojowniczy

Był tu jednak

Zawsze u siebie

I pan i król

I nawet gdy tam

Dyskretnie wchodziłeś

To byłeś intruz

W jego królestwie

Kocurek Maciek

Przeważnie nigdy

Nie obudził się

Bowiem zbyt bardzo

Zbyt bardzo cenił swój sen

I swoje wszystkie

Pełne snu myśli

 Ilustracje

Archiwum Internetowe

Stanisław Józef  Zieliński

Tekst

Stanisław Józef Zieliński

14.01.2023



Jeszcze do tego Dnia

  Jeszcze do tego Dnia Serdecznej Pamięci Naszej Mamy Ani Pisarczyk Jeszcze do tego Dnia Ten bukiet kwiatów W samym środku I tej...