I mówisz Matuś
Tyle było śniegu
Wzdłuż całej
drogi
Przez całą
Dąbrowę Wielką
Na
wszystkich płotach
Siedziały
wysokie
Białe czapy
Nogi w tym śniegu
Uciekały do
tyłu
I zacinał
ostry
Przenikający
zimnem wiatr
Pełna
nadziei szłaś
Do budynku
Poczty
W Wysokiem
Mazowieckiem
By z tego jedynego
Telefonu zadzwonić
Zamienić
choć słowo
Zapytać co
trzeba przywieźć
I może nawet
dowiedzieć się
Kiedy będzie
szansa
Wypisać do
domu
Choć wtedy zapalenie
płuc
To i w szpitalu
Do
całkowitego wyleczenia
To i czas
dość długi
I raczej trudna szansa
Jednak to
przeczucie
Odpędzałaś
od siebie
Możliwie jak
najdalej
Kierując
wzrok w stronę
Parafialnego
Kościoła
Słowami modlitwy
Ku sercu
Matki Bożej
By całą siłą
Oddalić to
Co najgorsze
I jeszcze to
czekanie
Czekanie na
połączenie
Czasem trwało to
Nawet godzinę
Godzinę a nawet i dłużej
I wreszcie
jest
Ów wolny
sygnał
Z Dąbrowy
Wielkiej
Prosto do
Szpitala
W wysokomazowieckim
powiecie
I nagle
szkliste łzy
Jedna po drugiej
Spływają po
policzku
Zakołysały
się ściany
Zadrgał cały
budynek
Niski parterowy
Całej Poczty
Dobrze że
blisko był parapet
O który można
było się oprzeć
Przygniotły Ciebie
I ból i żal
i smutek
I widzisz
Mówisz do mnie Matuś
Na świat
miałeś przyjść
Dopiero w
maju 1953
I tak przed
Twoim przyjściem
Zimowym styczniu
Twój Ojciec
Józef Odszedł
A co w domu
Ja i gospodarstwo
Do uprawy
Kilka hektarów ziemiWcale
niemały inwentarz
I Trójka
Twojego Rodzeństwa
Henryk w
wieku lat 9
O dwa lata
młodsza Alina
I o dwa lata
od niej
Młodszy
Roman
I lata takie trudne
Kto trochę
ziemi miał
To był zaraz
kułak
I jeszcze te
uciążliwe
Obowiązkowe
dostawy
Tak zwane
kontyngenty
I te nakazy
Trzeba dać
wszystko
Bo przecież miasto
Musi jeśćW tym czasie
Zaraz powojennym
W tym ogromnym
Powszechnym niedostatku
I powszechnej biedy
Od tak zwanej
Władzy ludowej
Były dla chłopa
Twarde żelazne kontyngenty
A więc dostawy obowiązkowe
Kto im nie sprostał
Było za to i więzienie
I konfiskata
I kompletne zrujnowanie
Nawet tych ostatnichKruchych nadziei
To prawdziwy cud że
Miałam w sobie
Tyle siły
By Codziennie
Móc znieść to wszystko
To wszystkoWszystko można znieść
Z Pomocą Bożą
I jeszcze odnieść zwycięstwo ażPo szczęśliwszy
Matka Boża
Pomagała mi
W tym wszystkim
W tym wszystkim
Codziennie
krzepiąc
Miłością i Nadzieją
I Wiarą każdego dnia
I tak jest codziennie
Aż po dziś dzień
Archiwum Internetowe
Stanisław Józef Zieliński
Tekst
Stanisław Józef
Zieliński
Czas rozmowy
Lipiec 1998
r.
Tekst
28. 01. 2023





















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz