I dzień zmierzał już do domu
Choć na wielu polach
Było słychać
Jeszcze
wiele
Wiele prac
Bo wiadomo
Gdy czas
żniwa
Także i w
Bybytkach
To jakże
gorący czas
I każdy swoją pracę
Także i na polu
Kończy po swojemu
Jeszcze kosy
Jeszcze
sierpy
Jakiś czysty
Czysty
metaliczny dźwięk
To jeszcze
naprędce
Osełką
ostrzenie ostrza kosy
Przekos
szedł
Każdy
żniwiarz
Zawsze ma
Swoją
zbieraczkę
Co żniwiarz
ukosi
To
zbieraczka
Zbierze w
mig
Zwiąże w
snopek
By pełny
Dziesiątek
był
I tak co
najmniej
Przez dwa
tygodnie
Skoro świt
Dzień w
dzień
Dzień w
dzień
Dzień w
dzień
Mimo iż na plecach
Nieraz już siedział sen
Słońce przypiekało na karku
Lecz ta duma
Każdą
dolegliwość leczy
Że u siebie
Że na swoim
I łan swój
Swoja każda
grudka ziemi
I włodarza
dobrze zna
Przeto
włodarz
Kosi szczodrze zamaszyście
Ów dorodny
Zboża łan
I tak tutaj jest co roku
Czas gorący
Gdy czas
żniw
Bóg hojnie
Obdarzył
pole
W jedno ogromne
Morze złotych kłosów
Że tylko żąć
Że tylko żąć
W czas nie
sprzątnąć
I przed
Bogiem
I przed Ludźmi
To byłby okropny wstyd
Poszło by w
wieś
Że nie radzi
A i poszło
by że jest leń
Ma dwie lewe
do roboty
Nie potrafi
dopilnować
Zboża ze
swojego pola
Nie potrafi
swego strzec
Kogo wezmą
na języki
Nie
odwrócisz
Biegu spraw
Pozostanie
już
I w tej
hańbie
Już na wieki
Będziesz
trwał
Wyszomirscy i w tych pracach
W swych Bybytkach
Byli pierwsi
Przeto mówili
O nich we wsi
Iż do pracy są
Bardziej gorliwiNiż wilki
Na czas żniw
Przyjeżdżał nieraz
Aż z Opola
A mieszkał
Przy ulicy Stelmacha 23
I Brat Jaś ze swoją Zosią
I Brat Oleś z ŁapZe swoją Helenką
A mieszkali
Przy ulicy Waryńskiego 81
I obaj bracia Stanisława
Choć obaj z miasta
To w Bybytkach
Kosą machali że hej
Aż nieźle za nimi
Musiała uwijać się
Każda zbieraczka
I w czas żniw
Zawitała do swojej
Siostry Marianny
Brońcia Grabowska
Z Pietkowa koło Łap
Może już nie do prac
Bo to już i wiek był nie tenAle choćby
Z Siostrą Marianną
Wieczorem zamienić
Parę słów
Na długość papierosa
Bo obie paliły sporty równo
I każda dożyła
Szczęśliwych długich latA i miały co wspominać
Lata pracy przed wojną
W majątku Państwa Włodków
Serdecznie wspominali
Tamten czas
Także czas żniwaZałoga majątku
Była jedną wielką rodziną
Potem wojna i reforma
Rozpędziła ich
Na cztery strony świata
Lecz na szczęście
Każdy z nich znalazł
Zakątek swój
I już tam został
Do Bybytek jednak
Każdy przy każdej okazji powracał
Z żalem patrząc
Jak z każdym dniem
Podupada dziedzicowy majątek
Budynki inwentarskieA i pałac
A młode
Chłopskie gospodarstwa
Wyrosły na dziedzicowej ziemi
Były wciąż słabe
Niemrawe i ociężale
Pod górę losu szły
Każdego roku
Aby aby i pełne niedostatku
A jeszcze przygniatały je okropnie
Tak zwane kontyngenty
Dostawy Obowiązkowe
Dostawy Dla Miasta
Zupełnie bezpłatne
A komu było trochę lepiej
To od razu
Ów kułak był
Wróg ludu
Okrzyknięty przez wszechwładnąPartyjną propagandę
A i skarbówka
Zaraz to gospodarstwo
Miała w swojej
Szczególnej opiece
Musi mieć lewe pieniądze
Jeśli tak dobrze się ma
A sąsiedzi patrzyli
Jakby zazdrośnie
No skąd
No jak
Gdy tu z takim trudem
Tylu wiąże
Koniec z końcem
I biegł przez owe
Świeże rżysko
I ów Staś
Zbierając kłosy
I ziarnko do ziarnka
By była pełna miarka
O rżysko świeże ostre
Nieraz gołe stopy kalecząc
Ból żaden ból
To był przecież hart
Ilustracje
Archiwum Internetowe
Stanisław
Józef Zieliński
Tekst
Stanisław Józef Zieliński
9.02.2024


















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz