I zejdzie się nieraz
Tyle chmur
Bratu Romanowi
W Serdecznej dedykacji
Aneks do Życzeń
W 75 Rocznicę Urodzin
W dniu 5 kwietnia 2025 roku
I zejdzie się nieraz
Tyle chmurSiadają
wszędzie
Na polu
Na podwórku
Na dachach
Te ociężałe
chmury
To zwiastun
burz
Burz
huraganów
I
nieobliczalnej w skutkach
Nieraz jakże
awanturniczej
Awanturniczej
wichury
Stąd tutaj
wszystko
Wszystko na
czas
Musi być
zawsze
Zawsze
zrobione
Widzisz ten
wysoki
Wysoki z tui
płot
Płot co
najmniej
Na dwa i pół
metra
To ów
szaniec
Przed tymi
wichurami
Szaniec i
straż
Straż
szaniec i warta
A wiesz ile
lat
Czekałem na
ten płot
By był taki
wysoki
Jaki jest
Ile razy go
strzygłem
Przechodząc z drabiny
Na drabinę
I ręce nad
głową wciąż
Aż bolały i
łokcie
I ramiona
I dłonie
A pomoc
Przeważnie
pustka
Pustka cisza
i wiatr
I zawsze
bardzo
Przyjazne
słońce
I po tylu
latach
Powolnego
dorastania
Jest
wreszcie ów płot
Ta naturalna
skuteczna osłona
Sam nie
pamiętam
Ile to już
lat
Pamiętam
jednak
Doskwierający
Ból kręgosłupa
A i dawały
też
Coraz
mocniej
O sobie znać
I łydki i
kolana i stopy
Lecz jakby
ustępowało
Czasami
wszystko
Wobec
postanowienia
Postanowienia prośby i modlitwy
Pozwól mi
Boziulko
Także i
dzisiaj
Jeszcze
godzina
A może nawet
Dwie albo
trzy
I przeważnie
Trwałem przy
swoim
Dotąd aż
zmierzchało
I wszystkie
tuje
Dotrzymywały
kroku
Dotrzymywały
słowa
I były coraz
wyższe
Z roku na
rok
I patrz jak
i dziś
Murem stoją
za mną
By tu był
ład
Ład i
harmonia
Cisza i
pogoda
I ten
cudowny
Spokój anielski
Po moich
sąsiadach
Po Białych
Gdzie
każdy mi druh
Po Dąbrowskich
Dokąd zawsze
Było mi tak blisko
Tylko pusty
smutny ślad
Opuszczone
domostwa
A oni już
lata całe
Na
wieczystej wachcie
U Pana Boga
Ile razy
nawiedzę
Nasz
Parafialny Cmentarz
W Dąbrowie Wielkiej
Z każdym
zamienię
Chociaż
kilka zdań
Wiatr
odpowiada
I pędzące
alejkami
Coraz
bardziej odległe
I coraz
bardziej
Wyciszone
echo
I mnie też
dopadł
Rozległy
zawał
Lecz
Miłosierny Bóg
Przybywając
ze skuteczną odsieczą
Pozwala co
roku
Opatulić to
wszystko
A roboty
tutaj
Jest zawsze
huk
Czekają tu
na mnie
Moje
wszystkie drogi
Drogi na
łąki
Na pola
Aż het po
sam las
A także i do
samego lasu
Gdzie
wyrosłe
Dęby sosny i
brzozy
Aż po sam
błękit
Trzymają
straż
I tejże
misji straży
Uczą swoją
młodzież
Ogarnąć to
wszystko
Być wszędzie
gdy trzeba
Dobrze że
czasem
Dmucha mi w
plecy
Mój
podwórkowy
Przyjazny
wiatr
I ciepło
serdecznie
Opatula
słońcem
I wspominam
to miejsce
Gdzie jest
palenisko
I po tamtych
ogniskach
Tylko w
sercu ślad
Gdy była
Matuli
Wcześniej
jeszcze
Ojczulek
Józef
Potem Nasz
Ojczym Stanisław
I Nasz
Senior Brat Henryk
I Nasza
Siostra Alina
I Nasz
Szwagier Mirosław
I ileż
sporów koncepcji
I
kontrowersji
Chociażby
wtedy
Gdy stawialiśmy
płot
Z metalowej siatki
Dookoła siedliska
Jak to
podczas
Takich
rozmów
Przy
rodzinnym ognisku
I buzowały
płomyki
I na kijkach
Piekły się
kiełbaski
Przy naszej
okowicie
I przy piwie
I Ala z
Zygmuntem
Ze swojej
plantacji
Donosili
truskawki
Świeżutkie
dojrzałe dorodne
I dzieci
Asia Marzenka i Anetka
Urszulka i
Kinia
I Michałek i
Dariuszek
I Elwirka
I od Henryka
Marzenka i
Agatka
Spór
pomiędzy sobą wiodły
Która
truskawka
Jest największa
Która
najładniejsza
Aż
przekrzykiwały nieraz
Płomienie
ogniska
Aż czasami z kijka
Spadła w
płomienie kiełbaska
I Panie Domu
Matuli Alina
i Krysia
I Bogusia
I od Henryka
Grażyna
Tylko co
rusz
Zaopatrywały
ów
Ognisty
Rodzinny Stół
A bywało i tak że czasem
Znienacka zajrzał tu do nas
I Wujek Lucek rybak
Z Władysławowa
Z całkiem zasobnym
Bagażem śledzi
Z Bałtyku wprost
A i ze Święch
Wraz z Ciocią Kutyłowską
Niezawodni Siostrzeńcy
A dziś każdy z nich
To już swój dom
I swoja rodzina
I można rzec
Jak ten czas leci
I już kolejne Pokolenie
Ma swoje dzieci
I swoje miasta po brzeg
Wypełnione kartami
Swojego żywota
I swojej rodzinnej historii
Hiszpania Stany Zjednoczone
Białystok Gdynia Warszawa
Wrocław i Poznań
I Gdańsk
I Zakopane Północy Polski
Władysławowo
I oczywiścieWysokie Mazowieckie
A gdy był
czas żniw
Czas
wykopków
To ponad
wszystkim
Od świtu do
zmierzchu
Była praca
I tak do
skutku
Dzień w
dzień
Jakaż
ogromna cisza
Dziś otacza
to wszystko
Każde także
z moich dzieci
Dokądś pędzi
Dokądś gna
Nagle każdy
ma tyle
Swoich spraw
I nigdy na
nic
Nie ma czasu
Jednak nie powiem
Gdy zajdzie
jakaś
Strasznie
pilna potrzeba
To rzucą
wszystko
I każdy w te
pędy
Znajdzie dla
mnie Swój czas
I Dariusz i
Michał
I Elwirka
I Moja
Niezawodna
Połowa Świata
Rodem z
Jasińskich
W Dąbrowie
Dzięciel
Zawsze tak
samo
Serdeczna
Bogusia
Wejdziesz do Domu
Ściany nadstawiają uszu
Z tym milczącym pytaniem
Wyczekującym odpowiedzi
Jak czuję sięCo u mnie słychać
I co tu dzisiaj
Będę miał do zrobienia
Fizycznie nie masz Osoby
A wszędzie słowa
Naszej Matuli słychać
Tu Jej Ślubny Portret
Tu Jej Święte Obrazy
Przed KtórymiModliła się codziennie
Do Boga Ojca
Do Jezusa Chrystusa
Do Matki Bożej Częstochowskiej
Tu były najbardziej niezawodne
Jej Przychodnia
I Apteka
I Pierwszego Kontaktu Niezawodny LekarzI ta radość życia
I do drugiego człowieka
Zawsze ów serdeczny uśmiech
I zawsze te słowa
O tej samej porze
Co roku
Romuś już wiosnaCzas obrobić pola
Czas orać
Czas siać
Romuś już trawy takie duże
Już czas na sianokosy
Już czas na żniwa
Romuś już czas na wykopki
I tak codziennie życie tutaj
Ów stabilny
Stanowczy kierat
I były czasy
Gdy były bezwzględne
Wyniszczające gospodarstwo Niewolnicze kontyngenty
Owe obowiązkowe dostawy
A Gospodarzowi za to wszystko
Tyle co z nosa kap kap
I żadnej zapłaty
Ani nawet ubezpieczenia
Pamiętam gdy miałem wtedy Niewiele latIle to było zachodu
Gdy z bruzdy
Wyskoczył mi pług
By go na nowo
Ustawić w bruździe
By dalej równo
Kroić ziemię mógł
A pług ciągnęła
Nasza kobylinka Dereszka
Jakże wiedziała
Jak pomóc mi
I skutecznie pomogła
I mnie także krzepiła
Nasza Wiara Święta
Na Naszym Polu
Zawsze było słychać
Nasz Parafialny
Kościelny Dzwon
Rano w południe
I na wieczór
I wieża Kościoła
Zwłaszcza w dzień słoneczny
Zawsze bardzo widoczna
A tam gdzie kościół
Tam zawsze
Blisko jest i Bóg
Na ścianie w kuchni
Wisiała makatka
Biała z niebieskim
Napisem wydzierganym szydełkiem
Pan Bóg kocha takie Dziatki
Co słuchają Ojca Matki
Credo Naszej Matuli
Dla każdego z nasJakże te makatki
Przydałyby się
I tym razem
W każdym Polskim Domu
Po dzisiejszy dzień
Służą mi za radio
I za telewizor
Tak mało słów
A mimo to
Wiesz wszystkoTylko z tym wszystkim
Przed siebie dalej iść
I były czasy
Gdy po podwórku
Dumnie spacerowały
I kaczki i gęsi i kury
Na płocie ostrzył pazurki kot
A na najwyższym słupku
Co dzień budziłSwój cały podwórkowy świat
Dorodny kogut karmazyn
Bacząc by być
Jak najdalej od rosołu
I przez lata
Dawała z siebie wszystko
Wszystko ze wszystkich sił
Kobyłka Dereszka
I każdy przyjazd
I wyjazd z GospodarstwaRadośnie obszczekiwał
Jakże wierny
W swej służbie Filon
Zawsze znalazł sposób
Aby choć na parę minut
Oderwać się
Od swoich obowiązków
I radośnie obszczekując
Za wozem czy zimą
Za saniami biec
Aż do zmęczenia
I dopiero wtedy
Rad nie rad
Wracał do domu
W tych przemijających obrazachPrzed oczami staje
To wszystko
I dziś to pytanie
Ten dylemat
Jak to opatulić
By na długie
Na długie lata
Ocalić to wszystko
Zamienić w bastionZamienić w fort
By dalej było
To chciane silne
Rodowe Rancho
Rodzinne Gospodarstwo
Dzisiaj tego Tobie
Nie powiem
Czy z Moich
Znajdzie się ktoś By tu na moim miejscu
Wiernie codziennie być
I być i trwać
W tej Chłopskiej i Szlacheckiej
Polskiej Pokoleniowej Misji
Jako w tej Pieśni Rocie
Marii Konopnickiej
Nie damy Ziemi
Skąd Nasz Ród
Jezu ufam Tobie
Bo któż jak nie BógWierzę że i tym razem
Miłosierny Bóg
Bóg Ojciec
Skutecznie pomożeI ów Mój Następca
Chyba już
Coraz bliżej mnie jest
I nawet chyba specjalnie
Coraz szybciej rośnie
Ilustracje i tekst
Stanisław Józef Zieliński\
10. 04. 2025